Warto zobaczyć

Zapraszamy do zapoznania się z ofertą coachingową jednego z najlepszych coachów w Warszawie

Jesto jedno z niewielu - rzetelne i fachowe biuro rachunkowych w Poznaniu.

Prolog

Większość nocy schyłku lata jest spokojna. Mimo, iż z dnia na dzień robi się coraz chłodniej, da się jeszcze posłuchać nocnego koncertu świerszczy i popatrzeć w gwiazdy siedząc na trawie. Dobrze wtedy mieć koc, ponieważ każda noc przybliżająca świat do jesieni sprawia, że trawa pokrywa się coraz większą ilością rosy. Naukowcy jeszcze nie zbadali tego fenomenu.

Noc z 22. na 23. sierpnia 1976 roku nie różniła się od pozostałych prawie niczym. Mimo, iż był już schyłek sierpnia i uczniowie markotnieli coraz bardziej na myśl o szkole, ta noc była bardzo ciepła. Słupek rtęci wskazywał 21 stopni Celsjusza. Imponujący wynik.

Właśnie z powodu temperatury, okno w pokoju małego chłopca było otwarte, aby dziecku spało się przyjemniej. Wygląda na to, że to poskutkowało, bo niemowlę leżało spokojnie na pleckach w swojej kołysce, zrobionej własnoręcznie przez ojca, i spało snem sprawiedliwego. Jego oddech był miarowy i napawał spokojem.

Jeszcze godzinę temu oboje rodziców stało w progu pokoju i podziwiało swoje maleństwo, nie mogąc się nacieszyć widokiem tak małego, i tak ogromnego zarazem, szczęścia, które ich w życiu spotkało.

Teraz rodzice spali w pokoju obok i byli absolutnie spokojni o los swojej pociechy. Chłopczyk zawitał do tego domu zaledwie miesiąc wcześniej, ale najwyraźniej było to dla niego odpowiednie miejsce, bo rzadko płakał.

Ciepły wietrzyk lekko poruszył firanką w oknie. Wtedy w pokoju pojawiło się dwóch niespodziewanych gości. Chodzili po pokoju to w jedną to w drugą stronę i prowadzili dość ożywioną dyskusję, ale nie czynili przy tym nawet najmniejszego hałasu.

Bezszelestne poruszanie się jest tylko jedną z wielu umiejętności Aniołów, o których Pismo Święte nie mówi ani słowem dlatego ludzie o nich nie wiedzą. Rodzice dziecka, śpiący tuż za ścianą i bardzo wyczuleni na nawet najmniejszy szmer, nie usłyszeli ani jednego słowa, które padło z ust nocnych gości.

Czytaj dalej


Część pierwsza z dwunastu

Jan, odkąd tylko pamiętał, nie przepadał za swoimi urodzinami. Nie znosił tych wszystkich ceregieli związanych z tajemnymi obrzędami zdmuchiwania świeczek i wymyślania na siłę życzenia. Najbardziej irytowały go próby wyłudzenia od niego informacji, czego sobie życzył przy jednoczesnym zastrzeganiu, że nie wolno mu tego zdradzić, bo się nie spełnił.

Co roku, Jan życzył sobie tylko jednego – aby ten dzień wreszcie dobiegł końca. Na szczęście z czasem przyjęcia urodzinowe się skończyły i nie musiał sobie życzyć, aby wszyscy dali mu spokój. Po niespodziewanej śmierci ojca, gdy Jan miał czternaście lat, zaczął mieć tego spokoju pod dostatkiem. Matka wypłakiwała sobie oczy dzień i noc i coraz bardziej oddalała się od syna.

Chłopak czasami miał wrażenie, jakby winiła go za śmierć ojca, choć przecież nie miał z tym nic wspólnego. Nie rozumiał tego, co leżało u podstaw takiego nastawienia ze strony matki i chyba już nigdy nie zrozumie.

Dzisiaj kończył właśnie trzydzieści dziewięć lat i nie mógł się już doczekać rozpoczęcia kolejnego roku akademickiego. Lubił jesień właśnie za to, że zwracała mu ulubionych studentów, za to nie lubił lata, bo było gorąco i musiał jakoś sobie radzić z kolejnymi urodzinami.

Przyjęcia urodzinowe urządzane przez rodziców w ich wspólnym domu skończyły się już bardzo dawno, czasami Jan miał wrażenie, jakby to było wczoraj, a niekiedy wręcz zupełnie na odwrót. Bywały dni, które mijały szybciej niż kolejny odcinek mody na sukces, ale miewał i takie, które ciągnęły się niemiłosiernie jak źle nakręcony i zdecydowanie zbyt długi film bollywood.

Czytaj dalej


Część druga z dwunastu

Ożenił się w wieku dziewiętnastu lat, ze starszą od siebie o siedemnaście lat kobietą. Nikt nie akceptował tego związku. Ani jego matka, ani jego dziadkowie, rodzina tej kobiety, ani tym bardziej społeczeństwo.

Co najśmieszniejsze, nie akceptował tego związku także Kościół, czy raczej jeden z jego przedstawicieli, który odmówił parze możliwości przystąpienia do sakramentu małżeństwa. W związku z tym wzięli tylko ślub cywilny.

W momencie, gdy trzeba było ustalić z księdzem wszelkie formalności, a ten odmówił im w końcu udzielenia ślubu – Jan był na duchownego wściekły. Wtedy uważał, że nigdy nie zdoła mu wybaczyć takiego traktowania, jednak dzisiaj, gdy był już dojrzałym mężczyzną po rozwodzie, czuł w stosunku do tego księdza jedynie wdzięczność.

Pierwsze cztery lata małżeństwa były sielskie, ale potem coś zaczęło się psuć. Jan czuł się oszukany, gdy okazało się, iż jego wybranka nie może mieć dzieci, a przed ślubem wielokrotnie rozmawiali o tym, jak pęknie byłoby wychowywać małą gromadkę bachorków i rozpieszczać je każdego dnia. Jan pragnął, aby jego żona była dla nich lepszą matką niż jego matka była dla niego, ale okazało się, że w związku z bezpłodnością kobiety może o tym zapomnieć.

Tego już było dla niego za wiele. Z każdym dniem oddalali się od siebie i stawali się sobie coraz bardziej obcy, aż pewnego dnia stwierdzili, iż nie ma sensu dalej tego ciągnąć. Po bardzo krótkiej rozprawie rozwodowej, sędzia orzekł rozwód z winy obu stron.

Czytaj dalej

Część trzecia z dwunastu

Jako ksiądz wielokrotnie spotykał w konfesjonale alkoholików, którzy zarzekali się, że chcą z tym skończyć i z całą pewnością skończą. Powtarzali mu to co tydzień i co tydzień wiedział, iż nic z tych obietnic nie będzie. Dlatego, gdy to on stoczył się na samo dno butelki i doszło już nawet do tego, że był niezdolny odprawić mszę, wiedział co to oznacza – przepadł.

Miewał czasami dni, w które chciał iść do spowiedzi i obiecać poprawę. Jednak wtedy przypominał sobie tych wszystkich nieszczęśników, którzy okazywali mu swoją słabość i rezygnował ze swoich zamiarów. Wiedział doskonale, iż nie zdoła oszukać ani księdza, ani Boga. Może jedynie spróbować oszukać sam siebie, ale byłoby to kupowaniem odrobiny czasu i ta odrobina wystarczyłaby mu akurat na to, żeby dotrzeć do sklepu monopolowego po kolejną flaszkę.

Nie chciał dla siebie takiego życia i nie chciał okłamywać sam siebie, dlatego nie chodził do spowiedzi. W zasadzie mógł po prostu poprosić któregoś z księży w parafii o prywatną rozmowę i rozgrzeszenie, ale nie chciał tego robić.

Skoro diabeł rzucił mu wyzwanie, to on chciał je podjąć. Nie mógł być już bliżej Boga niż na co dzień, dlatego starał się z tym walczyć sam. Każdego dnia budził się na potwornym kacu, który stał się jego najlepszym przyjacielem i z czasem nauczył się go witać z uśmiechem na twarzy, ponieważ uzasadniał znakomicie sięgnięcie po butelkę.

I to by było na tyle jeśli chodzi o świętą wojnę z Pierwszym Upadłym.

Wszyscy w otoczeniu Jana widzieli co się dzieje. Od czasu do czasu ktoś starał się zwrócić mu uwagę, że takie zachowanie nie przystoi księdzu, ale nikt nie rozumiał, co leży u podstaw jego zachowania, więc tego typu upomnienia zdawały egzamin tak samo, jak świnia test o gwiazdach. Bywały również momenty, gdy przyjacielskie uwagi pełne troski i miłości, kończyły się wybuchami agresji i policyjnymi interwencjami.

Czytaj dalej

Część czwarta z dwunastu

Jan nie znał jeszcze odpowiedzi na to pytanie. A właściwie po prostu jej nie pamiętał, jednak w ogóle nie zaprzątał sobie tym głowy. Z każdym dniem bez wódki było mu łatwiej wytrwać w trzeźwości, niemniej nie lubił nudy, bo mimo iż wytrzymać bez popijania było mu dość łatwo, tak odsunąć od siebie myśli o alkoholu już niekoniecznie. Zupełnie, jakby ktoś lub coś za wszelką cenę starało się go złamać.

Nie złamał się od siedmiu lat i nie złamie się dzisiaj. Tak przynajmniej sobie postanowił. Kiedy zegar na ratuszowej wieży wybił godzinę piętnastą, odmówił w duchu krótką modlitwę i od razu poczuł się silniejszy.

Tego, że najlepiej jest się modlić o godzinie piętnastej nie nauczono go w seminarium. Tego dowiedział się od Franciszkanów, a konkretnie od ojca Leopolda, z którym spędzał dużo czasu na przygotowywaniu posiłków.

- Ale dlaczego akurat wtedy? – Dopytywał krojąc cebulę.

Ojciec Leopold nie patrzył na niego. Pilnował, aby mięso się nie przypaliło, ale bynajmniej nie zamierzał zbyć tego pytania milczeniem. Jeśli chłopak chciał wiedzieć, to on nie powinien blokować mu dostępy do wiedzy.

- Zastanawiająca rzecz, prawda? – Zaczął, jak zwykle, od zupełnie nieznanej strony. – Naukowcy nie są w stanie jednoznacznie stwierdzić, czy Jezus urodził się wtedy, kiedy to się uznaje, że się urodził, czy może siedem lat wcześniej, ale są niemal pewni, że zmarł o godzinie piętnastej. Nie pytaj mnie, jak to ustalono, bo nie pokładam  w tym wiary, niemniej Kościół uznaje, że Chrystus zmarł o godzinie piętnastej, a skoro godzina Jego śmierci to czas odkupienia i zwycięstwa nad śmiercią, to uznaje się również, iż właśnie o tej godzinie modlitwa jest najskuteczniejsza.

Czytaj dalej

Część piąta z dwunastu

Wbrew pozorom, to nie alkohol sprawił, iż Jan porzucił kapłaństwo. Alkoholizm przestał być utrapieniem jeszcze zanim do tego doszło. Powodem odejścia Jana była miłość. Nie ta, którą Bóg darzy wszystkich ludzi, lecz ta, którą mężczyzna darzy kobietę, a kobieta mężczyznę.

Dawny kolega Jana, który dziś już nie żył, bo pokonał go rak trzustki, stwierdził, iż miłość jest chyba silniejsza od Boga, ale skoro to Bóg jest wszechmocny to znaczy, że miłość jest Bogiem, a to oznacza, iż wszystko, co mówili mu w szkole na katechezie jest prawdą – Bóg jest miłością.

Gdy opowiedział o swoim wniosku Janowi, obaj serdecznie się roześmiali, jednak nie mogli nie zauważyć, iż rzeczywiście coś w tym jest.

Kobieta, a w zasadzie dziewczyna, która zawróciła Jana z drogi kapłaństwa, była  w jego wieku. Mieli wtedy po trzydzieści trzy lata. Zawróciła mu w głowie niemal od razu.

Pierwszy raz ujrzał ją z ambony na mszy niedzielnej, którą koncelebrował wraz z biskupem, którego swego czasu opluł i poczuł wtedy, jakby trafił go piorun. Odkąd tylko ją wypatrzył, nie mógł powstrzymać się przed tym, by na nią nie zerkać. Robił to ilekroć tylko nadarzała się okazja i liczył na to, iż ona wyłowi jego spojrzenie. Nie miał nadziei na to, że będzie z tego coś więcej, nie uwodził jej w swojej głowie, ale rzeczywiście ich spojrzenia skrzyżowały się na chwilę krótszą niż odgłos klaśnięcia w dłonie, ale to wystarczyło by oboje się do siebie uśmiechnęli.

Tej niedzieli nie wydarzyło się nic szczególnego. Ani on nie podszedł do niej, ani ona nie podeszła do niego. Po prostu eucharystia dobiegła końca i każde z nich poszło w swoją stronę. Jednak tydzień później wróciła na mszę o tej samej godzinie i wracała tydzień w tydzień, aż w niedzielę palmową przyszła do niego do spowiedzi.

Wiedział o tym, że go wybrała, bo widział z konfesjonału, gdy weszła do kościoła i sprawdzała, czy dziś spowiada.

- Jesteś pewna, że to właśnie mi chcesz się wyspowiadać? – Zapytał, zanim jeszcze zdążyła się przeżegnać.

Wprawił ją tym w niemałe osłupienie, dlatego nie zdołała odpowiedzieć na to pytanie, a on z kolei nie dał jej czasu na odpowiedź i dodał:

- Bo nie jestem pewien, czy zdołam cię rozgrzeszyć, skoro sam ma grzeszne myśli.

Czytaj dalej

Część szósta z dwunastu

Janowi nie było dane zbyt długo roztrząsać swoich myśli, ponieważ w tej właśnie chwili zadzwonił jego telefon komórkowy. Mężczyzna nie od razu zdał sobie z tego sprawę, jednak po chwili sięgnął po aparat i odebrał.

- Halo?

- Cześć, co robisz? – Głos w słuchawce należał do Karoliny, jego ulubionej studentki trzeciego roku. Nigdy nie powinien był dawać jej swojego numeru telefonu na wypadek gdyby rektor uczelni miał lekką paranoję i kazał namierzać połączenia między komórkami wykładowców i ich studentów. Rektor na szczęście nie miał takich potrzeb i Jan mógł czuć się bezpiecznie, w końcu odebranie telefonu to nie zbrodnia.

- W zasadzie to nic inspirującego – odparł, a zrezygnowanie w jego głosie dało dziewczynie do myślenia.

- Coś cię trapi prawda? – Nie zawahała się skorzystać ze swej wiedzy.

Jan nienawidził się do tego przyznawać, ale jeszcze bardziej nienawidził oszukiwać przyjaciół, a Karolinę zaliczał do ścisłej czołówki, dlatego odpowiedział zgodnie z prawdą:

- To nic takiego, po prostu mam dziś urodziny.

- Znamy się trzy lata i dopiero teraz się o tym dowiaduję? – Jan nie był pewien czy jego rozmówczyni jest bardziej zaintrygowana, zdumiona, czy zła.

- Nie pytałaś – odparł zgodnie z prawdą.

- Fakt, mój błąd – powiedziała. – Czego ci życzyć w tym magicznym dniu?

- Aby się skończył.

- Daj spokój, nie lubisz swoich urodzin?

- Nie lubię.

- Dziwny jesteś – stwierdziła studentka.

- Jak sto pięćdziesiąt – potwierdził.

- Co? – Karolina nie zrozumiała odpowiedzi.

- Nie, nic. Tak mówiliśmy, gdy byliśmy dziećmi – wyjaśnił.

Czytaj dalej

Część siódma z dwunastu

Przygotowania i dotarcie na miejsce nie zajęły Janowi nawet pełnej godziny. Mimo wszystko Karolina była gotowa na jego przyjęcie, ponieważ nauczyła się, iż czas określa według godzin lekcyjnych. Nie przeszkadzało mu to, iż wykłada na uniwersytecie, a tam nie istnieje coś takiego jak wykład trwający czterdzieści pięć minut. Widocznie tęsknił za czasami szkolnymi, z którymi wiązało się wiele pięknych wspomnień i dlatego jego godzina zawsze była pozbawiona dokładnie kwadransa.

Co ciekawe, nigdy nie wypominał nikomu, że się spóźnia, ponieważ inni ludzie godzinę traktują normalnie, jak godzinę zegarową, a nie godzinę lekcyjną. Najwidoczniej ten fantastyczny system pomiaru czasu podświadomie stosował tylko wobec siebie i nikogo innego.

To kolejna rzecz, która ją w nim fascynowała.

Spał teraz w jej ramionach, a ona gładziła go po włosach. To był ich mały rytuał po seksie. Odkąd tylko się poznali, relacja między nimi stawał się coraz bardziej zażyła, aż w końcu, w zeszłym roku udało jej się go uwieść.

Nie było to trudne, w końcu była atrakcyjną kobietą. Musiała być skoro słyszała to od wielu studentów i mężczyzn w barach, do których chadzała zapijać samotność, zanim jeszcze zbliżyła się do Jana.

Gdyby ktokolwiek dowiedział się o ich romansie, Jan natychmiast wyleciałby z hukiem z uczelni, a może nawet trafiłby do więzienia, zaś Karolina już nigdy nie przestałaby się czuć samotna, dlatego bardzo dobrze się pilnowali.

Dziewczyna uśmiechała się patrząc na nagie plecy ukochanego i nie mogła się nacieszyć jego obecnością. Pozwoliłaby mu wejść w siebie tyle razy w ciągu dnia, ile tylko by tego zapragnął, a że pragnął tego, wiedziała bardzo dobrze. Umiała to rozpoznać po sposobie, w jaki się z nią kochał – namiętny, acz zaborczy.

Czytaj dalej

Część ósma z dwunastu

- Myślisz czasami o nas? – Zapytała go, gdy tylko Jan otworzył oczy.

Jak zwykle chwilę się zastanawiał zanim udzielił odpowiedzi.

- Jak ci powiem, to nie uwierzysz – ostrzegł dziewczynę.

- Wypróbuj mnie – poprosiła.

Jan wziął głęboki oddech, ucałował lewą pierś Karoliny i patrząc jej w oczy powiedział:

- Nie myślę o nas. Głównie myślę o tobie. Nie tylko pod prysznicem i nie tylko na wykładzie, gdy czuję, że przynudzam i zaczynam się zastanawiać jakiego koloru masz na sobie bieliznę. Myślę o tobie głównie nocami, gdy czuję się źle, gdy jest mi ciężko. I wiesz co? Wtedy niemal od razu czuję się lepiej.

- Ja też cię kocham – powiedziała. Wzruszył ją tym nagłym wyznaniem.

Faktycznie, gdyby nie to, iż zaprosiła go, gdy był w fatalnym nastroju, rzeczywiście miałaby problem, aby w to uwierzyć. Poza tym jeszcze nigdy jej nie okłamał. Póki co.

Choć ze wszystkich facetów, właśnie jemu ufała najbardziej, nie była w stanie zawierzyć mu zupełnie. Nie usprawiedliwiała siebie, czasami nawet gardziła sobą za tę nieufność wobec Jana, ale nic na nią nie mogła poradzić. Kiedy cię ktoś skrzywdzi, to normalne, że stajesz się ostrożniejsza i siedem razy się najpierw zastanowisz zanim wykonasz kolejny ruch – powtarzała sobie w myślach, gdy Jana nie było obok.

Za to gdy się pojawiał, wszystkie zmartwienia znikały jak ręką odjął.

Czytaj dalej

Część dziewiąta z dwunastu

Gdy wyczerpani i wciąż głodni leżeli ponownie w łóżku, dziewczyna zdała sobie sprawę, że jest jej naprawdę dobrze. Zawsze śmiała się z tych wyświechtanych frazesów o porozumieniu dusz i innych infantylnych bzdur, ale teraz musiała przyznać, że coś w tym jednak jest. Nie roztrząsała tego zbyt długo. Była wyczerpana w najprzyjemniejszy z możliwych sposobów, dlatego sen szybko ją zmorzył.

Jan nie mógł zasnąć jeszcze bardzo długo. On również czuł się dobrze. Było to o tyle zaskakujące, że przecież nie planował tego. Karolina po prostu nagle pojawiła się na ciemnym niebie jego życia i rozświetliła je, jak kiedyś kometa prowadząca mędrców ze Wschodu do stajenki w Betlejem. Nie był tylko pewien, co takiego zwiastuje jej pojawienie się. Zanim znalazł na to odpowiedź, również zasnął. A wtedy odpowiedź pojawiła się znikąd.

Dwie, może trzy godziny po tym, jak w końcu zasnął udręczony brzemieniem własnych urodzin, poczuł szarpnięcie za ramię. Przez moment, zanim jego umysł wyrwał się z macek snu, nie był w stanie sobie uświadomić, co się dzieje i gdzie się znajduje, ale po chwili zrozumiał, że to musi Karolina budzić go na śniadanie, albo kolejną porcję seksu. Otworzył oczy i bardzo się zdziwił.

Tym, kto szarpał go za ramię bynajmniej nie była Karolina, która nadal smacznie spała obok niego skryta pod kołdrą, lecz jakiś nieznajomy mężczyzna, na oko dwumetrowy dryblas w jakimś dziwnym odzieniu.

Czytaj dalej

Część dziesiąta z dwunastu

- Jestem aniołem, na imię mi Gabriel.

- Pierdolisz! – Jan był w szoku.

- I co, wierzysz mi? Tak po prostu wierzysz, że jestem aniołem? – Tym razem to Gabriel się zdziwił.

- Sam nie wiem, w co wierzyć. Ale zrobiłeś coś z moimi ustami. Krzyknąłem, a Karolina nawet nie drgnęła – Jan próbował sobie to wszystko jakoś poukładać w głowie.

- Jak zapewne wiesz, bo wykładasz teologię, jestem archaniołem. Mam trochę większe uprawnienia niż zwykły anioł. Nie wiesz natomiast, że wcale nie jesteśmy posłańcami, zwiadowcami, ani opiekunami, jak to macie napisane w swojej książeczce.

- Mówisz o Biblii?

- Tak.

- Archanioł, nazywający Pismo Święte książeczką? – Powiedział Jan, kreśląc palcami w powietrzu cudzysłów. – No tego jeszcze w kinie nie grali.

- Grali już nie takie rzeczy – skontrował anioł. – W gruncie rzeczy grali takie rzeczy, od których włos zjeży ci się na głowie.

- Wierzę – zgodził się Jan. – Zaraz, zaraz, jak to zjeży – dodał, gdy zdał sobie sprawę z użytej przez anioła formy. Czego ode mnie chcesz?

- Jak mówiłem, aniołowie nie są Waszymi opiekunami. No, w pewnym sensie są, ale nie żadne tam anioły stróże, które przeprowadzają dzieci przez kładki nad przepaścią i dbają o to, aby w tę przepaść nie spadły. Mamy ważniejsze rzeczy do roboty. Jak jakiś dzieciak wpadnie w przepaść i się zabije to trudno, mógł uważać. My jesteśmy żołnierzami i odkąd tylko Bóg powołał nas do życia, walczymy po Waszej stronie.

Czytaj dalej

Część jedenasta z dwunastu

- Widzę, że ciekawość w tobie narasta, to niepojęte – zauważył przybysz. – Przyjąłeś bez wątpliwości fakt, że jestem aniołem, a rewelacje dziejowe, które ci sprzedaję, po prostu cię fascynują, to niesamowite.

- Jak się obudzę, wszystko wróci do normy, dlatego mogę zachować spokój – wyjaśnił Jan.

- No tak, wszystko ładnie, pięknie, tylko, że ty wcale nie śpisz, no ale nieważne. Słuchaj mnie uważnie, bo kończy mi się czas. My, anioły, jesteśmy żołnierzami. Cichymi, niezwykle skutecznymi zabójcami. Po to zostaliśmy stworzeni – aby zabijać. Ludzie z Sodomy i z Gomory poznali prawdę, którą i ty poznasz w swojej wędrówce. Ta prawda ich wyzwoliła i powariowali, sam wiesz jak to się skończyło. Nie byli gotowi na poznanie prawdy i Bóg uznał, iż nikt na świecie nie jest, dlatego prawda musiała zostać pogrzebana. To dlatego zniszczyliśmy te miasta. Reszta wyglądała tak, jak to opisali w Księdze. Lot został uratowany jako jedyny sprawiedliwy, ponieważ jako jedyny nie zwariował. Został ocalony nie dlatego, że był takim fajnym, klawym i uczciwym kolesiem. Został uratowany, bo dawał nadzieję, że kiedyś, z jego rodu zrodzi się człowiek zdolny znieść prawdę i zrobić co trzeba.

- I to jestem ja?

- Tak – Gabriel rzeczywiście nie lubił owijać w bawełnę. – Musisz udać się do ruin wieży Babel i znaleźć w nich Anielską Księgę.

- Anielską Księgę? – Jan nie krył zdumienia.

- Tak, wiem, tandetna nazwa – Gabriel czuł się lekko zażenowany – ale co zrobisz. Kiedyś była dla nas jedynie legendą, gdy byliśmy dzieciakami, dlatego nazwaliśmy ją po swojemu, a jak wiesz, nigdy nie byliśmy dobrzy w nadawaniu nazw. Stosować je umiemy bez zarzutu, zabijać potrafimy perfekcyjnie, ale wymyślić dobrą, chwytliwą nazwę nie za bardzo, to nas przerasta.

- Czym jest ta księga? Co zawiera?

- Tę księgę napisał Pierwszy Anioł.

- Lucyfer?

- Wtedy się tak jeszcze nie nazywał.

- I ja mam grzebać w jego rzeczach? Na pewno się ucieszy.

Czytaj dalej

Część dwunasta z dwunastu


Jeżeli była jakakolwiek rzecz, chociaż jedna, która miała miejsce w przeszłości i była dziwniejsza od tego, co spotkało go tej nocy, to Jan za cholerę nie potrafił sobie jej przypomnieć. Nawet nie próbował, bo gdyby podjął taka próbę, z pewnością musiałaby się zakończyć niepowodzeniem.
Sen. To musiał być sen. Nie ma innego, racjonalnego wytłumaczenia. I Jan z całą pewnością i bardzo chętnie uwierzyłby, że wszystko, co miało przed chwilą miejsce jest jedynie wykwitem jego zmęczonego umysłu, jednak nie mógł w to uwierzyć, ponieważ w sen zapadł dopiero po upływie kolejnych dwóch godzin.
Następną rzeczą, którą był w stanie świadomie przeżyć, był pocałunek Karoliny mający na celu wyrwanie go z objęć snu. Próba ta była skuteczna i choć Jan był skrajnie wyczerpany po nocnym maratonie seksu oraz niewyspaniu, ale mimo to miał bardzo dobry humor, dlatego obdarzył swoją kochankę promiennym uśmiechem i oddał jej pocałunek.
- Dobrze spałeś? - Zapytała dziewczyna.
- W zasadzie to nie wiem – odpowiedział niejasno.
- Chyba nie rozumiem – przyznała.
- No to jest nas dwoje – odparł i zaśmiał się głośno na widok zdziwionej miny, która zagościła na twarzy Karoliny.
Żadne z nich nie liczyło czasu, który spędzili w łóżku zanim głód wypędził ich do kuchni, aby przygotować sobie cokolwiek do jedzenia.
Z tą dziewczyną nie tylko czas nie miał znaczenia. Nawet jego urodziny, najbardziej znienawidzony dzień jego życia przestał być taki okropny. I to nie tylko ze względu na to, co potrafiła mu zrobić ustami i jak wiele czerpał z tego przyjemności, lecz z uwagi na prosty fakt przebywania w jej towarzystwie. W zasadzie to mogliby cały czas milczeć, a on i tak czułby się fantastycznie. Nie wiedział, skąd ona bierze tę zadziwiającą moc, ale czuł, że osoba postronna to jego obdarzyłaby odpowiedzialnością za takie podejście do tej dziewczyny i powiedziałaby, że po prostu się zakochał, bo to miłość robi takie cuda z ludźmi. Janowi nie przyszłoby nawet do głowy, aby zaprzeczyć.
- Co ci się śniło? - Zapytała Karolina, gdy po posiłku leżeli wygodnie na łóżku i relaksowali się trawiąc pyszności, które sobie przygotowali.

Czytaj dalej