Prolog

Większość nocy schyłku lata jest spokojna. Mimo, iż z dnia na dzień robi się coraz chłodniej, da się jeszcze posłuchać nocnego koncertu świerszczy i popatrzeć w gwiazdy siedząc na trawie. Dobrze wtedy mieć koc, ponieważ każda noc przybliżająca świat do jesieni sprawia, że trawa pokrywa się coraz większą ilością rosy. Naukowcy jeszcze nie zbadali tego fenomenu.

Noc z 22. na 23. sierpnia 1976 roku nie różniła się od pozostałych prawie niczym. Mimo, iż był już schyłek sierpnia i uczniowie markotnieli coraz bardziej na myśl o szkole, ta noc była bardzo ciepła. Słupek rtęci wskazywał 21 stopni Celsjusza. Imponujący wynik.

Właśnie z powodu temperatury, okno w pokoju małego chłopca było otwarte, aby dziecku spało się przyjemniej. Wygląda na to, że to poskutkowało, bo niemowlę leżało spokojnie na pleckach w swojej kołysce, zrobionej własnoręcznie przez ojca, i spało snem sprawiedliwego. Jego oddech był miarowy i napawał spokojem.

Jeszcze godzinę temu oboje rodziców stało w progu pokoju i podziwiało swoje maleństwo, nie mogąc się nacieszyć widokiem tak małego, i tak ogromnego zarazem, szczęścia, które ich w życiu spotkało.

Teraz rodzice spali w pokoju obok i byli absolutnie spokojni o los swojej pociechy. Chłopczyk zawitał do tego domu zaledwie miesiąc wcześniej, ale najwyraźniej było to dla niego odpowiednie miejsce, bo rzadko płakał.

Ciepły wietrzyk lekko poruszył firanką w oknie. Wtedy w pokoju pojawiło się dwóch niespodziewanych gości. Chodzili po pokoju to w jedną to w drugą stronę i prowadzili dość ożywioną dyskusję, ale nie czynili przy tym nawet najmniejszego hałasu.

Bezszelestne poruszanie się jest tylko jedną z wielu umiejętności Aniołów, o których Pismo Święte nie mówi ani słowem dlatego ludzie o nich nie wiedzą. Rodzice dziecka, śpiący tuż za ścianą i bardzo wyczuleni na nawet najmniejszy szmer, nie usłyszeli ani jednego słowa, które padło z ust nocnych gości.

Czytaj dalej


Część pierwsza z dwunastu

Jan, odkąd tylko pamiętał, nie przepadał za swoimi urodzinami. Nie znosił tych wszystkich ceregieli związanych z tajemnymi obrzędami zdmuchiwania świeczek i wymyślania na siłę życzenia. Najbardziej irytowały go próby wyłudzenia od niego informacji, czego sobie życzył przy jednoczesnym zastrzeganiu, że nie wolno mu tego zdradzić, bo się nie spełnił.

Co roku, Jan życzył sobie tylko jednego – aby ten dzień wreszcie dobiegł końca. Na szczęście z czasem przyjęcia urodzinowe się skończyły i nie musiał sobie życzyć, aby wszyscy dali mu spokój. Po niespodziewanej śmierci ojca, gdy Jan miał czternaście lat, zaczął mieć tego spokoju pod dostatkiem. Matka wypłakiwała sobie oczy dzień i noc i coraz bardziej oddalała się od syna.

Chłopak czasami miał wrażenie, jakby winiła go za śmierć ojca, choć przecież nie miał z tym nic wspólnego. Nie rozumiał tego, co leżało u podstaw takiego nastawienia ze strony matki i chyba już nigdy nie zrozumie.

Dzisiaj kończył właśnie trzydzieści dziewięć lat i nie mógł się już doczekać rozpoczęcia kolejnego roku akademickiego. Lubił jesień właśnie za to, że zwracała mu ulubionych studentów, za to nie lubił lata, bo było gorąco i musiał jakoś sobie radzić z kolejnymi urodzinami.

Przyjęcia urodzinowe urządzane przez rodziców w ich wspólnym domu skończyły się już bardzo dawno, czasami Jan miał wrażenie, jakby to było wczoraj, a niekiedy wręcz zupełnie na odwrót. Bywały dni, które mijały szybciej niż kolejny odcinek mody na sukces, ale miewał i takie, które ciągnęły się niemiłosiernie jak źle nakręcony i zdecydowanie zbyt długi film bollywood.

Czytaj dalej


Część druga z dwunastu

Ożenił się w wieku dziewiętnastu lat, ze starszą od siebie o siedemnaście lat kobietą. Nikt nie akceptował tego związku. Ani jego matka, ani jego dziadkowie, rodzina tej kobiety, ani tym bardziej społeczeństwo.

Co najśmieszniejsze, nie akceptował tego związku także Kościół, czy raczej jeden z jego przedstawicieli, który odmówił parze możliwości przystąpienia do sakramentu małżeństwa. W związku z tym wzięli tylko ślub cywilny.

W momencie, gdy trzeba było ustalić z księdzem wszelkie formalności, a ten odmówił im w końcu udzielenia ślubu – Jan był na duchownego wściekły. Wtedy uważał, że nigdy nie zdoła mu wybaczyć takiego traktowania, jednak dzisiaj, gdy był już dojrzałym mężczyzną po rozwodzie, czuł w stosunku do tego księdza jedynie wdzięczność.

Pierwsze cztery lata małżeństwa były sielskie, ale potem coś zaczęło się psuć. Jan czuł się oszukany, gdy okazało się, iż jego wybranka nie może mieć dzieci, a przed ślubem wielokrotnie rozmawiali o tym, jak pęknie byłoby wychowywać małą gromadkę bachorków i rozpieszczać je każdego dnia. Jan pragnął, aby jego żona była dla nich lepszą matką niż jego matka była dla niego, ale okazało się, że w związku z bezpłodnością kobiety może o tym zapomnieć.

Tego już było dla niego za wiele. Z każdym dniem oddalali się od siebie i stawali się sobie coraz bardziej obcy, aż pewnego dnia stwierdzili, iż nie ma sensu dalej tego ciągnąć. Po bardzo krótkiej rozprawie rozwodowej, sędzia orzekł rozwód z winy obu stron.

Czytaj dalej

Część trzecia z dwunastu

Jako ksiądz wielokrotnie spotykał w konfesjonale alkoholików, którzy zarzekali się, że chcą z tym skończyć i z całą pewnością skończą. Powtarzali mu to co tydzień i co tydzień wiedział, iż nic z tych obietnic nie będzie. Dlatego, gdy to on stoczył się na samo dno butelki i doszło już nawet do tego, że był niezdolny odprawić mszę, wiedział co to oznacza – przepadł.

Miewał czasami dni, w które chciał iść do spowiedzi i obiecać poprawę. Jednak wtedy przypominał sobie tych wszystkich nieszczęśników, którzy okazywali mu swoją słabość i rezygnował ze swoich zamiarów. Wiedział doskonale, iż nie zdoła oszukać ani księdza, ani Boga. Może jedynie spróbować oszukać sam siebie, ale byłoby to kupowaniem odrobiny czasu i ta odrobina wystarczyłaby mu akurat na to, żeby dotrzeć do sklepu monopolowego po kolejną flaszkę.

Nie chciał dla siebie takiego życia i nie chciał okłamywać sam siebie, dlatego nie chodził do spowiedzi. W zasadzie mógł po prostu poprosić któregoś z księży w parafii o prywatną rozmowę i rozgrzeszenie, ale nie chciał tego robić.

Skoro diabeł rzucił mu wyzwanie, to on chciał je podjąć. Nie mógł być już bliżej Boga niż na co dzień, dlatego starał się z tym walczyć sam. Każdego dnia budził się na potwornym kacu, który stał się jego najlepszym przyjacielem i z czasem nauczył się go witać z uśmiechem na twarzy, ponieważ uzasadniał znakomicie sięgnięcie po butelkę.

I to by było na tyle jeśli chodzi o świętą wojnę z Pierwszym Upadłym.

Wszyscy w otoczeniu Jana widzieli co się dzieje. Od czasu do czasu ktoś starał się zwrócić mu uwagę, że takie zachowanie nie przystoi księdzu, ale nikt nie rozumiał, co leży u podstaw jego zachowania, więc tego typu upomnienia zdawały egzamin tak samo, jak świnia test o gwiazdach. Bywały również momenty, gdy przyjacielskie uwagi pełne troski i miłości, kończyły się wybuchami agresji i policyjnymi interwencjami.

Czytaj dalej

Część czwarta z dwunastu

Jan nie znał jeszcze odpowiedzi na to pytanie. A właściwie po prostu jej nie pamiętał, jednak w ogóle nie zaprzątał sobie tym głowy. Z każdym dniem bez wódki było mu łatwiej wytrwać w trzeźwości, niemniej nie lubił nudy, bo mimo iż wytrzymać bez popijania było mu dość łatwo, tak odsunąć od siebie myśli o alkoholu już niekoniecznie. Zupełnie, jakby ktoś lub coś za wszelką cenę starało się go złamać.

Nie złamał się od siedmiu lat i nie złamie się dzisiaj. Tak przynajmniej sobie postanowił. Kiedy zegar na ratuszowej wieży wybił godzinę piętnastą, odmówił w duchu krótką modlitwę i od razu poczuł się silniejszy.

Tego, że najlepiej jest się modlić o godzinie piętnastej nie nauczono go w seminarium. Tego dowiedział się od Franciszkanów, a konkretnie od ojca Leopolda, z którym spędzał dużo czasu na przygotowywaniu posiłków.

- Ale dlaczego akurat wtedy? – Dopytywał krojąc cebulę.

Ojciec Leopold nie patrzył na niego. Pilnował, aby mięso się nie przypaliło, ale bynajmniej nie zamierzał zbyć tego pytania milczeniem. Jeśli chłopak chciał wiedzieć, to on nie powinien blokować mu dostępy do wiedzy.

- Zastanawiająca rzecz, prawda? – Zaczął, jak zwykle, od zupełnie nieznanej strony. – Naukowcy nie są w stanie jednoznacznie stwierdzić, czy Jezus urodził się wtedy, kiedy to się uznaje, że się urodził, czy może siedem lat wcześniej, ale są niemal pewni, że zmarł o godzinie piętnastej. Nie pytaj mnie, jak to ustalono, bo nie pokładam  w tym wiary, niemniej Kościół uznaje, że Chrystus zmarł o godzinie piętnastej, a skoro godzina Jego śmierci to czas odkupienia i zwycięstwa nad śmiercią, to uznaje się również, iż właśnie o tej godzinie modlitwa jest najskuteczniejsza.

Czytaj dalej

Część piąta z dwunastu

Wbrew pozorom, to nie alkohol sprawił, iż Jan porzucił kapłaństwo. Alkoholizm przestał być utrapieniem jeszcze zanim do tego doszło. Powodem odejścia Jana była miłość. Nie ta, którą Bóg darzy wszystkich ludzi, lecz ta, którą mężczyzna darzy kobietę, a kobieta mężczyznę.

Dawny kolega Jana, który dziś już nie żył, bo pokonał go rak trzustki, stwierdził, iż miłość jest chyba silniejsza od Boga, ale skoro to Bóg jest wszechmocny to znaczy, że miłość jest Bogiem, a to oznacza, iż wszystko, co mówili mu w szkole na katechezie jest prawdą – Bóg jest miłością.

Gdy opowiedział o swoim wniosku Janowi, obaj serdecznie się roześmiali, jednak nie mogli nie zauważyć, iż rzeczywiście coś w tym jest.

Kobieta, a w zasadzie dziewczyna, która zawróciła Jana z drogi kapłaństwa, była  w jego wieku. Mieli wtedy po trzydzieści trzy lata. Zawróciła mu w głowie niemal od razu.

Pierwszy raz ujrzał ją z ambony na mszy niedzielnej, którą koncelebrował wraz z biskupem, którego swego czasu opluł i poczuł wtedy, jakby trafił go piorun. Odkąd tylko ją wypatrzył, nie mógł powstrzymać się przed tym, by na nią nie zerkać. Robił to ilekroć tylko nadarzała się okazja i liczył na to, iż ona wyłowi jego spojrzenie. Nie miał nadziei na to, że będzie z tego coś więcej, nie uwodził jej w swojej głowie, ale rzeczywiście ich spojrzenia skrzyżowały się na chwilę krótszą niż odgłos klaśnięcia w dłonie, ale to wystarczyło by oboje się do siebie uśmiechnęli.

Tej niedzieli nie wydarzyło się nic szczególnego. Ani on nie podszedł do niej, ani ona nie podeszła do niego. Po prostu eucharystia dobiegła końca i każde z nich poszło w swoją stronę. Jednak tydzień później wróciła na mszę o tej samej godzinie i wracała tydzień w tydzień, aż w niedzielę palmową przyszła do niego do spowiedzi.

Wiedział o tym, że go wybrała, bo widział z konfesjonału, gdy weszła do kościoła i sprawdzała, czy dziś spowiada.

- Jesteś pewna, że to właśnie mi chcesz się wyspowiadać? – Zapytał, zanim jeszcze zdążyła się przeżegnać.

Wprawił ją tym w niemałe osłupienie, dlatego nie zdołała odpowiedzieć na to pytanie, a on z kolei nie dał jej czasu na odpowiedź i dodał:

- Bo nie jestem pewien, czy zdołam cię rozgrzeszyć, skoro sam ma grzeszne myśli.

Czytaj dalej